Narty w Dolomitach
Po kilku latach przymierzania się, wreszcie wraz ze znajomymi wybraliśmy się na narty w Alpy. Nasz (a w zasadzie mój) padł na Włochy – a konkretnie Val Gadrenę w Dolomitach. Byłem tam już dobre kilka lat temu, więc wiedziałem czego się spodziewać. W mojej opinii jest to jeden z lepszych ośrodków narciarskich a Alpach – widziałem już ich kilka w czterech krajach, więc jakieś porównanie mam. Nie jest może idealny, ale na początek – dla osób znających tylko ośrodki polsko-czesko-słowackie – jest moim zdaniem bardzo dobrym rozwiązaniem.
Na początek kilka informacji ogólnych i o warunkach narciarskich (później będą zdjęcia i kilka słów o samym wyjeździe). Val Gardena leży w Dolomitach, można więc wykupić skipass Dolomiti Superski obejmujący swoim zasięgiem kilkanaście ośrodków narciarskich. Opcja ta jest opłacalna (choć nie tania), gdyż Val Gardena jest połączona tak zwaną Sella Rondą (trasą narciarską okrążającą masyw górski o nazwie Sella) z kilkoma innymi dolinami. Przyoszczędzenie kilkunastu (kilkudziesięciu – w zależności od długości pobytu) euro skutkuje odcięciem od wielu fajnych tras i miejsc. Trasy narciarskie są raczej łatwe, co najwyżej średnie – oczywiście dla osób mających już jakieś pojęcie o nartach. Niby większość jest czerwonych, jest kilka czarnych, ale widziałem tylko jeden naprawdę wymagający kawałek liczący może dwieście metrów. W zasadzie nie ma co porównywać tras z Polski do nartostrad z Dolomitów – te drugie, jeśli nawet są bardziej strome (a zwykle są), to również są znacznie lepiej przygotowane i znacznie szersze, dzięki czemu komfort jazdy jest znacznie większy. Do tego dochodzi obszar Alpi di Siusi – tam są głownie płaskie, szerokie trasy, idealne dla początkujących, leniwych lub zmęczonych (czyli nas w ostatnie dwa dni).
Zdjęcia z Sella Rondy…


i z Alpi di Siusi:


Dla bardziej ambitnych narciarzy jest na przykład Marmolada, z której roztacza się piękny widok (poniżej), a trasa prowadząca w dół jest naprawdę długa. Jednakże jest tam również bardzo wielu narciarzy, przez co już we wczesnych godzinach popołudniowych średnio nadaje się do jeżdżenia… a przynajmniej zjechanie nią nie daje przyjemności. Akurat jak tam byliśmy, to pogoda się załamywała, więc powietrze nie było tak przejrzyste jak dzień lub dwa wcześniej. Ogólnie jednak nie mogliśmy narzekać na pogodę - na siedem dni jeżdżenia tylko dwa były pochmurne i ze śniegiem; w pozostałe mieliśmy piękne błękitne niebo i słońce ładnie grzało, więc wcale nie było zimno mimo mrozu.

Opłaca się wjechać na górę pierwszym wyciągiem – wtedy przez 2-3 godziny można się wyjeździć na świetnie przygotowanych trasach, które jeszcze są puste. Następnie – koło 12:00 – wybrać się coś zjeść, zanim tłumy zwalą się do knajp na posiłek. Popołudniu preferowana jest już jazda rekreacyjna, bo jednak trasy są już trochę poniszczone, a i ludzi jest już sporo. Ale nawet wtedy nie ma kolejek – tylko dwa razy czekaliśmy przy wyciągu dłużej niż kilka minut (a zwykle po prostu się dojeżdżało i wsiadało) – w obu przypadkach było to wąskie gardło między dwoma obszarami.
Podobno mieliśmy nieco szczęścia jeśli chodzi o liczbę narciarzy – w dniu naszego wyjazdu rozpoczynały się ferie we Włoszech i Niemczech, więc miało przyjechać znacznie więcej amatorów białego szaleństwa. Coś w tym pewnie jest, bo nie znaleźliśmy noclegu na jeszcze jedną noc – choć pewnie nie wszyscy chcieli przyjmować gości na jedną noc mając nadzieję, że jacyś turnusowi narciarze przyjadą na chybił-trafił. Dodatkowo w sobotę rano był prawie jak na drodze dojazdowej do Warszawy w porannych godzinach szczytu.
W samej Val Gardenie są w zasadzie trzy miejscowości, z czego mieszkaliśmy w najdalej i najwyżej położonej, a także najmniejszej – Selvie. Kwaterę mieliśmy położoną na szarym końcu, wysoko nad samą miejscowością (poniżej widoki z okna).



Było to o tyle kłopotliwe, że na zakupy trzeba było jeździć samochodem – na spacer wybraliśmy się tylko raz i starczyło; latem taka górska wycieczka może i by była fajna, ale zimą należała do męczących i bezcelowych. Całe szczęście – zresztą zgodnie z tym, co było napisane na stronie naszej kwatery – prawie pod domem był skibus, który zawoził nas bezpośrednio na stok. W ośrodkach alpejskich to standard, a u nas jak w Witowie zrobili sobie skibusa, to larum podnieśli wszyscy prywaciarze zarabiający na zbieraniu narciarzy z dróg dojazdowych i za parokrotnie większą kasę.
Po dniu spędzonym na nartach nasza ekipa przyszłych rencistów (bo każdego coś bolało, ze wskazaniem na stawy i głowę) oddawała się kulturalnej rozrywce, czyli oglądaniu 4fun.tv (tak jakoś wyszło, nie pytajcie się dlaczego), graniu w brydża oraz testowaniu lokalnych i zamiejscowych wyrobów spożywczych… nie obeszło się również, ale w ograniczonym zakresie, na próbowaniu produktów przemysłu browarniczego i spirytusowego. Dziewczynom szczególnie podeszło Bombardino, a przedstawiciele płci brzydkiej po raz kolejny utwierdzili się w przekonaniu, że grappa to nie jest to, co lubią najbardziej.
Wyjazd był bardzo udany i - jak to zwykle bywa - nie chciało się z niego wracać. No, ale jak już raz w tym składzie udało się pojechać w Alpy, to należy mieć nadzieję, że na jednym razie się nie skończy. Co prawda coś przebąkiwaliśmy, że za rok wypróbujemy Pireneje… wszak narty w Hiszpanii brzmią egzotycznie.
Na koniec jeszcze zdjęcia kota z naszego lokum - super zwierzak, wybiegał i witał się jak pies, uwielbiał się bawić. No i - co nietypowe u kotów - wcale się mnie nie bał.

Posted in Nie tylko palcem po mapie | No Comments »
Nie wiem czy znacie termin „zły film”; a raczej czy znacie je w znaczeniu, jakie obowiązuje wśród grupy moich znajomych. Wszystko zaczęło się kilka lat temu, kiedy w piątki spotykaliśmy się na brydża lub jakieś planszówki. Wtedy na TVNie po godzinie 22:00 leciał zwykle jakiś film fantastyczny, który sobie leciał radośnie w tle, podczas gdy my zajmowaliśmy się grą. Czasem było to coś dobrego, ale zwykle były to produkcje, których bez kilku butelek nie dało się obejrzeć. Idealnym przykładem „złego filmu” jest
Tradycyjnie już Katedra organizuje plebiscyt podsumowujący najważniejsze wydarzenia fantastyczne ubiegłego roku. Wyboru nominowanych pozycji dokonali redaktorzy portalu, w czterech najważniejszych kategoriach literackich zapraszając również zewnętrznych ekspertów i postaci z fandomu. Plebiscyt nie dotyczy wyłącznie kwestii stricte literackich - głosować można również m.in. na najlepszą okładką czy imprezę fantastyczną. Zachęcam do głosowania - im więcej głosów, tym bardziej wiarygodne wyniki. Poza tym zalogowani uczestnicy wezmą udział w losowaniu licznych nagród książkowych. Plebiscyt znajduje się
Przyszła pora na katedralne podsumowania roku, już tradycyjnie w formie dyskusji niektórych członków redakcji. Trochę późno, ale z różnych przyczyn zdarzyły mi się pewne poślizgi z różnych przyczyn; z drugiej strony mało kto na bieżąco daje radę zapoznawać się na bieżąco ze wszystkimi najważniejszymi wydarzeniami - nawet w sumie tak niewielkiej niszy, jaką jest fantastyka. Ja być może kilka lat temu dawałem radę, teraz już na pewno nie. W każdym razie na pierwszy ogień poszła rozmowa o czasopismach. Co ciekawe, dyskusja dotyczyła niemal w równym stopniu zeszłorocznych wydarzeń, jak i oczekiwań dotyczących nadchodzących zmian na rynku pism fantastycznych. Całość do przeczytania 